Tegoroczne dwutygodniowe wakacje spędziliśmy nad Jeziorem
Genewskim i był to jak do tej pory najlepszy urlop wszechczasów, głównie za
sprawą różnorodności czyli obecności na stosunkowo niedużym obszarze wody jak i
wszechobecnych gór, w których dzięki rozbudowanej infrastrukturze pojawiły się
nowe zaskakujące możliwości. Zapraszam do obszernej relacji z naszego pobytu w
Szwajcarii i we Francji, będącej rodzajem przewodnika po najciekawszych
atrakcjach regionu.
Jezioro Genewskie położone na styku dwóch krajów, Francji i
Szwajcarii, jest zarówno największym jeziorem Zachodniej Europy jak i Alp, o
linii brzegowej przekraczającej 200 km i powierzchni ok. 580 km kwadratowych.
Największa głębina jeziora schodni poniżej 300 metrów pod lustro wody, najdłuższa
rozpiętość jeziora sięga 72 km. Głównym dopływem jeziora jest rzeka Rodan,
która zarazem jest jego jedynym odpływem. Z ciekawostek warto wspomnieć o
występującym regularnym przypływie sięgającym… 4,4 mm oraz o polskim śladzie
należącym do Adama Mickiewicza, który w latach 1839 – 40 był w Lozannie tworząc
grupę wierszy nazwanych lirykami lozańskimi. A propos Lozanny, nasza wakacyjna
miejscówka była położona dokładnie po drugiej stronie jeziora, vis-à-vis tego zasłużonego
w historii szwajcarskiego miasta, i nazywała się Maxilly-sur-Léman. Niewielka
francuska miejscowość oferowała spokój, a zarazem bliskość do wszystkich
atrakcyjnych miejsc w okolicy. Jednocześnie, za sprawą wybudowanego w latach
30-tych XX wieku budynku dawnego hotelu Lumina, a obecnie apartamentowca, w
którym mieliśmy wynajęte mieszkanie (na 3. piętrze), oraz położeniu na skraju
jeziora byliśmy odseparowani od ruchu ulicznego, otrzymując w zamian
zapierający w piersiach widok na jezioro i nieustający szum fal.
 |
Dawny hotel Lumina
|







 |
|



Ze spraw praktycznych, w Maxilly-sur-Léman, 5 minut jazdy od
Luminy, znajdują się dwa super markety (Intermarche i Lidl), niedaleko
usytuowana jest także czynna od godz. 5.00 piekarnia, zaś szybki posiłek można
zjeść na plaży w bufecie oferującym szaszłyki, burgery i sałatki. Podobnie jak
w innych południowych krajach również we Francji i przygranicznym
francuskojęzycznym regionie Szwajcarii w zwykłej dla Polaków porze obiadowej
wszystkie restauracje są zamknięte. O ile we Włoszech pomiędzy 14.00 a 16.00
zjemy pizzę lub lazanię o tyle w rejonie Jeziora Genewskiego kuchnia restauracyjna
jest o tej porze zamknięta. W pozostałych godzinach warto wcześniej zrobić
rezerwację, by nie poczuć rozczarowania brakiem wolnych stolików. Jednak w
wielu restauracjach i to się zmienia, i z reguły jeden bądź dwa stoliki
trzymane są dla gości, którzy wpadli „z ulicy” i zapragnęli coś zjeść. Jeśli i
to rozwiązanie zawiedzie zawsze na podorędziu jest doskonale zaopatrzony
Intermarche oferujący np. gotowe makarony lub ryby, nic tylko wrzucić na
patelnię, podgrzać i zjeść. Będąc w okolicach Jeziora Genewskiego warto
spróbować fondue (potrawy z sera żółtego z dodatkiem wina i przypraw,
spożywanej na ciepło z podgrzewanego kociołka), a także ryby z jeziora. Moje
pierwsze w życiu fondue zjadłem na Wielkiej Przełęczy Św. Gotarda, w barze
czynnym 24 godziny. Potrawę podano z chlebem w kociołku na podgrzewaczu ze
świeczką.
Dwa słowa o pogodzie. Ponieważ Jezioro Genewskie leży
pomiędzy Alpami (od strony południowo-wschodniej) a Jurą (od północnego
zachodu) klimat jest nieco inny niż choćby w północnej części Włoch i należy do
strefy umiarkowanej. Przez dwa tygodnie mieliśmy jeden dzień deszczu,
temperatura w rejonie jeziora nie przekraczała 30 st. C, choć przez większość
czasu oscylowała w granicach przyjemnych 25 stopni. To idealna pogoda zarówno
na plażę jak i na uprawianie rozmaitych aktywności na powietrzu.
Sama „strefa umiarkowana” dla wielu może być myląca, bo i u
nas mamy coś takiego. Tylko, że w Polsce nie ma palm i figowców oraz winnic na
łagodnych północnych stokach. A nad Jeziorem Genewskim i owszem. Zieleń jest tu
soczysta i uderza po oczach. Taki to umiarkowany klimat.
OK. Przejdźmy do najciekawszej materii wyjazdu, czyli do listy
atrakcji, które podniosły nasze endorfiny na niespotykany do tej pory poziom.
Na zamek Chillon w
czasy średniowiecza
Najbardziej znanym zabytkiem Jeziora Genewskiego jest
położony w okolicach Montreux szwajcarski średniowieczny zamek Chillon, usytuowany na
skałach wrzynających się w wody jeziora. Zamek został zbudowany z myślą o
ochronie przesmyku pomiędzy jeziorem a Alpami, gdzie prowadził szlak
przebiegający z północy na południe Europy. Swoje zadania obronne zamek pełnił
od powstania (w okolicach XI wieku) do XVI wieku, kiedy został zamieniony na skład,
arsenał i więzienie. W XVIII wieku zamek stał się własnością kantonu Vaud i tak
jest do dzisiaj. Obecnie zarządzanie zabytkiem zostało powierzone prywatnej
fundacji, która poza bieżącymi sprawami zajmuje się także prowadzeniem
renowacji. Jeśli chodzi o ciekawostki warto wspomnieć, że jednym z
najsłynniejszych gości zamku był Lord Byron, który zwiedzał obiekt w 1816 roku,
opisując losy więźnia zamku Franciszka Bonivarda w poemacie romantycznym
„Więzień Czylionu”.





Wstęp do zamku kosztuje 13,5 CHF (w opcji bez przewodnika),
w kasie zostaniemy zapytani z jakiego kraju pochodzimy otrzymując stosowną (także
polskojęzyczną) broszurę. Zwiedzanie odbywa się ścieżką wiodącą pomiędzy punktami
o narastającej numeracji, i zajmuje ok. 1,5 godziny. Największy kłopot to wolne
miejsce na bezpłatnym parkingu przed zamkiem, ale po kilku nawrotach udało się odstawić
auto. Mimo, że parking jest monitorowany to na stronie internetowej zamku
pojawia się ostrzeżenie przed zostawianiem w pojazdach wartościowych rzeczy. Warto
o tym pamiętać.
Koleją zębatą na
szczyt Rochers de Naye
Jeśli jesteśmy w okolicach Montreux koniecznie trzeba wybrać
się koleją zębatą na górę Rochers de Naye. Ten położony nad Jeziorem Genewskim
kurort kojarzył mi się dotychczas przede wszystkim z kawałkiem „Smoke on the
water” Deep Purple, którego tekst inspirowany był pożarem kasyna i unoszącym
się nad jeziorem dymem. Szwajcarski kurort to także Festiwal Jazzowy, który na
swoich scenach gościł nie tylko sławy muzyki jazzowej, ale np. Deep Purple
właśnie, czy chociażby Prince’a. Od dzisiaj Montreux to także początek kolejki zębatej,
której koniec sięga szczytu Rochers de Naye położonego na wysokości 2042 m
n.p.m. Długość linii kolejowej to ok. 10 km, różnica wzniesień to aż 1575 m,
nachylenie miejscami sięga 22 %. Czterowagonowy pociąg potrzebuje na pokonanie
drogi ok. godziny, zatrzymując się po drodze na kilkunastu stacyjkach. Historia
budowy tego cudu techniki sięga końca XIX wieku, kiedy najpierw zbudowano
kolejkę z miejscowości Glion na szczyt góry, na początku XX wieku dołączono
drugi odcinek z Montreux do Gion. Początkowo kolej była obsługiwana przez
parowozy, od 1938 roku linia została zelektryfikowana. Mimo że cena biletu nie
należy do niskich (70 CHF od osoby w obie strony) warto przeżyć tę jazdę:
pociąg dość szybko wznosi się ku szczytowi, wjeżdża w tunele, mija wiadukty,
toczy się po alpejskich łąkach. Nieruchomieje dopiero pod szczytem Rochers de
Naye, gdzie znajduje się restauracja, a wyżej sam wierch, z którego rozciąga
się niesamowity widok na leżące w dole Jezioro Genewskie. Widać stąd także Mont
Blanc. Sam wierzchołek Rochers de Naye to dobry punkt początkowy do dalszych
wędrówek po górach.
 |
Montreux
|
Informacje praktyczne: kolejka wyjeżdża z dworca głównego
Montreux (z peronu nr 8) co godzinę (siedemnaście minut po pełnej godzinie),
auto można zaparkować na płatnym parkingu Donner (w cenie 1,5 CHF za godzinę),
stąd do dworca jest nieco ponad dziesięć minut marszu. Bilet kupimy w kasie na
końcu dworcowego tunelu.
Jeden z
najpiękniejszych w Europie - Wąwóz Durnand
Kolejna atrakcja to szwajcarski Wąwóz Durnand położony około godziny drogi autem od Maxilly-sur-Léman,
uważany za jeden z dziesięciu najpiękniejszych w Europie. Przez jego środek
prowadzi drewniana kładka przyczepiona do urwiska i wznosząca się w górę
wartkiego strumienia wraz z coraz wyżej położonymi kaskadami czternastu
wodospadów. Trasa ma 330 stopni i pierwszy raz została udostępniona dla
zwiedzających w 1877 roku. Ściany wąwozu również są połączone, za pomocą
mostów, które dostarczają niezapomnianych wrażeń: raz, że są ażurowe i widać
przez nie płynącą kilkadziesiąt metrów niżej górską rzekę, dwa, że kołyszą się
na boki w trakcie przechodzenia. Nie polecam tej trasy osobom o słabych nerwach
i z lękami wysokości. Wszystkich innych oszołomi piękno zakątka przeplatające
się z surowym obliczem żywiołów.
Informacje praktyczne: przejście wzdłuż Wąwozu Durnand trwa
około godzinę, auto można zostawić na bezpłatnym parkingu, wstęp wynosi 9 CHF.
Wąwóz Mystérieuses
i Jaskinia Nymphes
Nieopodal Wąwozu Durnand, zaledwie 25 km dalej w kierunku Chamonix-Mont-Blanc,
leży kolejny szwajcarski wąwóz - Mystérieuses. Dostęp do niego jest bezpłatny, podobnie jak parking. Aby znaleźć się w
pobliżu atrakcji trzeba zejść w dół leśną ścieżką (co zabiera około 25 minut)
do miejsca, gdzie rozwidlają się szlaki i zaczyna się wisząca nad płynącym w
dole potokiem drewniana kładka. Prowadzi ona w stronę kaskad wodospadów i do
zejścia do Jaskini Nymphes, gdzie w niemal całkowitych ciemnościach i z wielkim
hukiem roztrzaskują się hektolitry spadającej wody. Wrażenie jest niesamowite,
w półmroku powoli pojawiają się piękne kształty omszałych od wilgoci skał a
wszystkie zmysły zaczynają pracować na pełnych obrotach…
Tajemnicza Jaskinia
Wróżek
„Kto zanurzy lewą dłoń w wodach zamkniętego w grocie
wodospadu temu za sprawą magicznego pyłu wróżek spełni się marzenie” – to
legenda towarzysząca Jaskini Wróżek (Grotte aux fées) położonej w miejscowości
Saint-Maurice (niedaleko francuskiej granicy), która jako pierwsza w Szwajcarii
w połowie XIX wieku została udostępniona do zwiedzania. Znajduje się tu jeden z
najwyższych na świecie dostępnych dla turystów wodospadów, który opada z
wysokości 77 metrów. Do jaskini prowadzi półkilometrowy oświetlony chodnik
skalny, przy kasie (wstęp 10 CHF od osoby) znajduje się niewielki bufet, a
parking oddalony o 10 minut marszu od wejścia do jaskini jest przez pierwsze
dwie godziny bezpłatny. Co by tu jeszcze, acha, zdarza się, że czasami wróżki odprowadzają
turystów z jaskini…
Wąwóz Trient
Niedaleko Jaskini Wróżek (dokładnie 15 km dalej na północ),
w szwajcarskiej miejscowości Varnayaz, znajduje się Wąwóz Trient (Gorges Du Trient). Jest to przepięknie
wyżłobiony przez wodę w skale przełom górskiej rzeki, która wcina się w masyw
Mont Blanc na głębokość 200 metrów. Trasa zwiedzania ma długość kilkuset metrów
i jest zawieszona ponad przepływającym w dole potokiem. Niesamowite, że takie
niecodzienne miejsce oglądaliśmy sami, wokół żywej duszy nie licząc psa pana,
który sprzedał nam bilety (w cenie 8 CHF od osoby). Pies był zresztą z nami
tylko przez chwilę po czym wrócił do budynku z kasą i, co zobaczyliśmy po
powrocie, rozłożył się na sofie…
Diabeł i jego
dzieło - Diabelski Most
Ale nie tylko Szwajcaria słynie z wąwozów. W okolicach
Jeziora Genewskiego leży wąwóz Diabelski Most (Les Gorges du Pont du Diable), formacja
skalna w okolicy francuskiej miejscowości La Vernaz, stanowiąca nieprzeciętną
atrakcję turystyczną. Jej wyjątkowość polega na udostępnieniu do zwiedzania przejścia
na wysokości ok. 50 m nad przepływającą przez przesmyk skalny rzeką. Ponieważ
od góry skały są zasklepione turysta znajduje się w swoistej wąskiej i wysokiej
jaskini mając pod stopami górski potok. Przechodząc w głąb wąwozu skalny sufit stopniowo
zanika, by na końcu otworzyć się na majestatyczny las.
Podwaliny pod dzisiejszy wygląd schodów i całego
karkołomnego przejścia dał pod koniec XIX wieku lokalny cieśla uzyskując zgodę
na budowę turystycznego przejścia nad wąwozem. Już po roku od rozpoczęcia prac
na miejscu pojawili się pierwsi turyści. Ten, wydawałoby się, niemożliwy do
zbudowania ludzkimi rękami pomost musiał powstać, jak głosi legenda, przy
udziale samego diabła. I coś jest na rzeczy. Wystarczy spojrzeć na niemal
pionowe schody by dostać gęsiej skórki. Aż trudno uwierzyć, że minęło ponad sto
lat od chwili, gdy Diabelski Most przyszedł na świat…
Informacje praktyczne: przy obiekcie znajduje się bezpłatny
parking, wstęp do Diabelskiego Mostu wynosi 18 euro/osobę.
Yvoire – wieś
tonąca w kwiatach i zanurzona w historii
Po zachodniej stronie Jeziora Genewskiego, niedaleko
francusko-szwajcarskiej granicy, leży wieś Yvoire, której początki sięgają
średniowiecza. Okolice wcześniej były eksplorowane przez Rzymian, z kolei pierwsze
zabudowania pojawiły się pod koniec XIII wieku. Burzliwe dzieje tej francuskiej
wsi o strategicznym położeniu (na cyplu) to osobna historia. Dość powiedzieć,
że dzisiaj do bogatej przeszłości nawiązuje tutejszy zamek, kościół i liczne
mury oraz zrewitalizowane zabudowania, z których większość stanowią restauracje
i galerie. Wieś sama w sobie jest przepiękna, tonie w kwiatach, a dzięki
nabrzeżu zyskuje dodatkowy punkt do obserwacji jej walorów.
Dotknąć dachu
Europy…
Osobom, które nie boją się przestrzeni i wysokości proponuję
wycieczkę w rejon dachu Europy, czyli wjazd na wysokość 3842 m n.p.m. na górę
Aiguille du Mid skąd niemal na wyciągnięcie ręki jest Mont Blanc, najwyższa
góra Starego Kontynentu. Wystarczy przejechać 100 km z okolic Jeziora Genewskiego
do centrum Chamonix-Mont-Blanc, by niemal z marszu dostać się do wagonu kolejki
linowej, która po kilkudziesięciu minutach wynosi turystów na lodowce. Górna
stacja położona na skalistym szczycie Aiguille du Mid oferuje zapierające w
piersiach widoki, z których najważniejszy to oczywiście panorama łagodnej
kopuły Mont Blanc osiągająca pułap 4810 m n.p.m. Tu już naprawdę jest wysoko co
wyraźnie czuć w płucach, przyspieszonym oddechu i ciężkich nogach.
 |
Łagodna kopuła Mont Blanc
|
 |
Plastic box
|
Informacje praktyczne: bilet powrotny kosztuje 65 euro od
osoby, na szczycie możemy ustawić się w kolejce do „plastic box” – wystającego
poza obręb budynku plastikowego prostopadłościanu, w którym sfotografujemy się
na tle alpejskich wysokogórskich krajobrazów (przed wejściem do boxu musimy
założyć specjalnie kapcie, wykluczone są selfie, zdjęcia robi nam druga osoba
lub pan z obsługi).
Bujanie w obłokach
na moście Peak Walk
Jeśli czujecie niedosyt wysokogórskich pejzaży polecam Most
Peak Walk by Tissot i spacer po alpejskim lodowcu Glacier 3.000. Ta niebywała i
niecodzienna atrakcja znajduje się w Szwajcarii i od 2014 roku przyciąga setki
turystów. Sam most ma kształt kładki o długości nieco ponad 100 metrów i spina
dwa wierzchołki góry Scex Rouge (2791 m n.p.m.). Jego elastyczna konstrukcja
sprawia, że podczas marszu most się ugina, co czuć zwłaszcza gdy spaceruje po
nim większa grupa osób. Po obu stronach kładki są przepaści, na górę z
przełęczy Pillon, gdzie znajduje się parking, jeździ dwuodcinkowa kolej linowa.
W ramach biletu (w cenie 80 CHF od osoby) dostępne są
bezpłatne jazdy na długim torze saneczkowym oraz wyciąg krzesełkowy, z którego
skorzystaliśmy, żeby dostać się na lodowiec. Drepcząc po śniegu odbyliśmy
blisko godzinną wycieczkę do zasilanej agregatem lodowcowej restauracyjki
położnej pod skałą Quille du Diable (Diabelski Kil), gdzie wypiliśmy kawę i
małe piwo. W drodze powrotnej ulepiliśmy bałwana i porzucaliśmy się śnieżkami.
Coś niesamowitego! Jednak największe wrażenie zrobił na nas przeskok pomiędzy
światami zimy na górze i lata na dole. Pory roku zmieniły się w ciągu zaledwie
20 minut, tyle ile mniej więcej przejazd kolejką. Koniecznie musicie tego doświadczyć!
Rowerem na Wielką
Przełęcz Świętego Bernarda
Jezioro Genewskie i okolice to także wymarzony raj dla
rowerzystów. Każdy miłośnik dwóch kółek znajdzie tu coś dla siebie: od krótkich
przejażdżek po okolicy, przez jednodniowe wyjazdy, aż po wyprawy trwające
tydzień i dłużej. Ponieważ jeżdżę na rowerze szosowym rejon jeziora to upragniony
teren dla podszlifowania kolarskich umiejętności. Pełen gór, a co ważniejsze, pokryty
siatką asfaltowych dróg najwyższej jakości, które utrzymują swój doskonały stan
nawet podczas sierpniowych… opadów śniegu.
Jeśli nie wierzycie wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Dzień
wcześniej mieliśmy w Maxilly-sur-Léman zmianę pogody: napłynęły niskie deszczowe
chmury, które przesłoniły drugi brzeg jeziora. Tymczasem na wysokości powyżej 2
tys. metrów spadł śnieg. Przekonałem się o tym podczas 40-sto kilometrowej
wspinaczki z Martigny na Wielką Przełęcz Świętego Bernarda, rozdzielającą
Włochy i Szwajcarię. Położona na wysokości 2473 m n.p.m. znana jest z obfitych
opadów śniegu, tyle że w czasie zimy. Tymczasem w najlepsze trwało lato… Mimo
to drogowcy stanęli na wysokości zadania: alpejskie krowy brodziły w śniegu za
to asfalt był czarny niczym winylowa płyta analogowa. Po trwającej 3,5 h jeździe
dotarłem do przełęczy razem z wychodzącym zza chmur słońcem. Pojawiło się na
niebie i oświetliło ostre, górskie szczyty. Po prostu bosko! To nic, że miałem
w nogach prawie 2000 metrów podjazdów, a temperatura spadła do 3 st. Celsjusza.
Byłem oszołomiony i zauroczony otaczającym mnie widokiem. Kto zresztą by nie
był?
Kiedy emocje opadły, dopadł mnie głód. Kroki skierowałem do tutejszego
baru na pierwsze w moim życiu fondue i małe piwo, na które w pełni zasłużyłem. W
środku spędziłem blisko godzinę kontemplując i raz jeszcze przeżywając swój pierwszy
w życiu wjazd na „Wielkiego Bernarda”.
Ale czekał mnie jeszcze szalony powrót w dół. Mimo, że na
początku było zimno, im bliżej zielonych okolic tym temperatura rosła, tak by
na koniec sięgnąć przyjemnych 20 stopni. Szczęśliwie dojechałem do parkingu
CERN w Martigny, gdzie spakowałem się do auta. Kiedy odjeżdżałem na pożegnanie
pozostał mi widok gór odbijający się we wstecznym lusterku samochodu.
Mapa:
Rowerowa runda
wokół Jeziora Genewskiego
Kolejnym rowerowym wyzwaniem było objechanie Jeziora
Genewskiego. A skoro piszę o tym w czasie przeszłym oznacza to jedno: udało
się! Zaliczyłem kolejne alpejskie jezioro, przejeżdżając 170 km, w większości po
płaskiej, mającej niewiele ponad 600 metrów podjazdów, trasie. Była co prawda najeżona
autami i gęstniała od ruchu samochodowego, ale po pierwsze, kierowcy jakby inni
niż w naszych stronach (a dokładnie o wyższej kulturze jazdy), po drugie, przez
większą część kursu jechałem po wyznaczonych ścieżkach rowerowych.
A jak w szczegółach wyglądał mój przejazd?
Z Maxilly-sur-Léman wystartowałem jeszcze przed świtem, podążając
na wschód, do odległej o 16 km granicy. Do Szwajcarii dojechałem błyskawicznie
wraz z porannym szczytem samochodowym. Już za granicą zjechałem z głównej drogi
i do pierwszego celu, czyli Montreux, dojechałem asfaltowymi ścieżkami wyznaczonymi
przez leśne dukty i pola uprawne. Przez miasto przejechałem opustoszałą
nadjeziorną promenadą i wjechałem na trasę wylotową do Vevey, miasta, w którym
ostatnie 25 lat swojego życia spędził Charlie Chaplin. Co prawda skończyła się
bezpieczna ścieżka rowerowa, ale dla odmiany przesiadłem się na pas dla rowerów
i busów (również trolejbusów) oddzielonych od reszty drogi grubą żółtą kreską.
Notabene, na niektórych fragmentach drogi pas ten był szerszy niż droga dla
aut!









Za Vevey rozciągały się połacie winorośli uprawianych na
łagodnych stokach tutejszych wzgórz, a winnice zapraszały na poczęstunek. Z
trasy widać też było przepiękną panoramę jeziora i wyrastające w oddali
alpejskie szczyty.
Kolejne duże miasto na mojej trasie to Lozanna, widoczna,
jak już pisałem, wprost z balkonu naszej miejscówki. Niestety, to nie była
nawet połowa drogi, gdyż jezioro im bardziej na zachód tym mocniej wygina się
na południe. Samo miasto minąłem dość szybko wjeżdżając na tereny mniej zurbanizowane,
ze słabym, żeby nie powiedzieć, sennym ruchem samochodowym. Tutaj krajobraz
zaczął się przekształcać w coraz bardziej płaski, a urbanizacja ustąpiła
miejscu lasom i pustym polom.








Tymczasem do kolejnego znaczącego punktu trasy, czyli ponad
milionowej aglomeracji Genewy, wjeżdżaliśmy we trzech, to znaczy Kanadyjczyk, Bretończyk
i ja. Skład powstał spontanicznie: najpierw przyłączył się do mnie biker z
Kanady, potem dogoniliśmy Francuza, który przeprowadził nas przez zatłoczoną
Genewę niczym kierowca Ubera. Dzięki niemu jakoś raźniej przejechałem po
niebezpiecznie wyglądających ścieżkach rowerowych poprowadzonych przez środek ruchliwych
skrzyżowań. Najważniejsze, że bezkolizyjnie dotarliśmy do symbolu miasta, czyli
sławnej genewskiej fontanny, gdzie nasze drogi się rozeszły: Kanadyjczyk po
zrobieniu selfie miał wracać do Lozanny, Bretończyk pojechał na obiad, ja
zatrzymałem się na dłuższy postój przy marinie, ładując Garmina i kontemplując
widok wyrzucanych w powietrze strug wody.






Warto w tym miejscu napisać kilka słów o stylu jazdy
tutejszych kierowców. To niesamowite, że zdarzały mi się sytuacje, w których
wyjeżdżając z podporządkowanej drogi przepuszczano mnie pierwszego. Większość
kierowców wyprzedzało mnie zjeżdżając na sąsiedni pas (a nie tylko od
niechcenia markując wymijanie na przysłowiową gazetę), nie spotkałem piratów
drogowych. Zaskakujące było też zachowanie innych bikerów. Zatrzymując się na
poboczu drogi na zdjęcie lub po prostu na odpoczynek często słyszałem od
przejeżdżających rowerzystów pytanie: ça va? Odpowiadałem
z uśmiechem i kciukiem uniesionym w górę: everything is OK!
Za Genewą rowerowy świat skończył się wraz z przekroczeniem
francuskiej granicy. Znikły pasy i trasy rowerowe, wjechałem na wąskie ruchliwe
asfalty skazany na łaskę kierowców. Ale, jak już pisałem, uratowała nas
wszystkich kultura jazdy. Bezpiecznie i w jednym kawałku dotarłem do puntu
wyjścia, udając się od razu na zasłużone piwo.
Przejechanie drogi wokół Jeziora Genewskiego zabrało mi około
sześć i pół godziny jazdy. Atutami kursu są przepiękne krajobrazy widoczne z
każdej strony i w miarę bezpieczna trasa. Minusem może być niewielkie pod kątem
wysokości zróżnicowanie terenu, które nie pozwoliło zapomnieć o kręceniu. Ale znajdą
się i tacy, którzy będą uważać to za dobrodziejstwo. Jakby nie było objazd
Jeziora Genewskiego polecam wszystkim, szczególnie mniej wytrenowanym w górach rowerzystom!
Mapa przejazdu:
Odludne Jezioro
Vallon
Jedna z dwóch rowerowych setek jakie wykręciłem w okolicach
Jeziora Genewskiego zaprowadziła mnie do niewielkiego Jeziora Vallon położonego
w Bellevaux, na granicy 1080 m n.p.m., w cichej dolinie, przez którą prowadził
mało ruchliwy asfalt. Jezioro powstało w latach 40-tych zeszłego wieku przez
osunięcie się ziemi i zablokowanie płynącej rzeki. Okolice w szczególności przyciągają
wędkarzy i emerytów. To głównie dla tych ostatnich udostępniono łagodną ścieżkę
poprowadzoną wzdłuż linii brzegowej. W okolicy jest też kilka uroczych
restauracji oferujących lampkę białego wina na tarasie z widokiem na górski
pejzaż.
 |
Jezioro Vallon
|
Mapa trasy:
W drodze do
szwajcarskiego Jeziora Hongrin
Drugą z rowerowych setek miałem przeznaczyć na Jezioro
Hongrin. Jest to sztucznie utworzony akwen w szwajcarskich Alpach, do którego
prowadzi malownicza, wznosząca się serpentynami wąska górska droga. Niestety,
kilka kilometrów przed celem okazało się, że dalsza podróż jest niemożliwa,
gdyż akurat w tym samym czasie szwajcarscy wojskowi urządzili sobie w okolicach
jeziora ćwiczenia militarne. Skończyło się na podziwianiu łąk i słuchaniu
krowich dzwonków przerywanych odgłosami wystrzałów. A do setki dokręciłem na szwajcarskich
asfaltach przecinających uprawne pola w okolicach Villeneuve.
Mapa:
* * *
I to mniej więcej tyle. Oczywiście opisane przeze mnie
miejsca nie wyczerpują tutejszej oferty. Od naszej gospodyni otrzymaliśmy
zestaw obowiązkowy, który nie pokrywał się z naszą marszrutą, jest tu więc
zatem jeszcze więcej możliwości. Jeśli jednak chodzi o poziom ekscytacji –raczej
nic więcej nie będzie w stanie przebić tego co zobaczyliśmy. Dotyczy to w szczególności
gór.
Podsumowując, jeśli chcecie i macie możliwości spędzenia
wakacji nad Jeziorem Genewskim jest duże prawdopodobieństwo, że będzie to Wasz
najlepszy urlop w życiu. Do wszystkiego co wyżej opisałem należy jeszcze dodać zupełnie
inną niż w naszym rejonie Europy kulturę, otwartość i mniejszy bądź zerowy
poziom frustracji wśród tutejszych mieszkańców. I to naprawdę się czuje. Mimo
że bogactwo jest tu obecne na każdym kroku a ilość Tesli, Bentleyów i Ferrari
przypadająca na kilometr kwadratowy oszałamia, nie spotkałem się z chamstwem na
drodze, nie mówiąc już o jakichkolwiek niekomfortowych sytuacjach w restauracji
czy w sklepie. Wszechobecny jest uśmiech i poczucie pewnego wyluzowania mimo że
życie jednak się toczy i każdy ma swoje problemy. Wygląda jakby wszyscy tu byli
na lekkim rauszu mając gdzieś czy w kolejce zajmą pierwsze czy trzynaste
miejsce. Dlatego po powrocie tak ciężko było nam przyzwyczaić się do
rzeczywistości, bo chyba rację miał Kazik śpiewając przed laty, że: „Polacy są tak agresywni, a to dlatego, że
nie ma słońca, nieomal przez siedem miesięcy w roku, a lato nie jest gorące
tylko zimno i pada zimno i pada na to miejsce w środku Europy gdzie ciągle
samochody są kradzione, a waluta to polski złoty”.
Ale żeby nie kończyć tak mało optymistycznie, zostawię Was ze
scenką, która rozegrała się w jakiejś wioseczce pod Genewą dokąd odbiłem od
jeziora w poszukiwaniu browaru (którego ostatecznie nie znalazłem). To było
przed skrzyżowaniem, do którego zbliżałem się na rowerze. W tym samym czasie po
głównej drodze toczył się dostawczak. Zgodnie z przepisami zatrzymałem się w
oczekiwaniu na swoją kolej. Byłem pewny, że kierowca ciężarówki nawet na mnie nie
spojrzał. Tymczasem samochód dojechał do krzyżówki, zatrzymał się, a gość w
furgonetce dał mi znak ręką, żebym jechał. Uśmiechnąłem się, skinąłem głową w
geście podziękowania i pierwszy przeciąłem rozwidlenie dróg. Myślicie, że to
był wyjątek? Otóż nie, podobnych doświadczeń było przynajmniej kilka. Z takich
kosteczek pozytywnej energii powstała tutejsza rzeczywistość, której nie można
nie pokochać od pierwszego wejrzenia. Jeśli do tego dołożymy niepowtarzalne
widoki i zapierające dech w piersiach krajobrazy otrzymamy prawdziwą namiastkę
raju na ziemi. I tego raju życzę Wam z całego serca!
